Na wstępie napiszę że nie chcę podchodzić do tego albumu w sposób typowy, bardziej aniżeli na poszczególnych utworach oraz opisywaniu szczegółów chcę się skupić na emocjach oraz odczuciach. Nie ukrywam że Stone Temple Pilots to jeden z moich ulubionych zespołów, ale miałem poważne obawy czy dadzą radę po śmierci Scotta Weilanda, czy Jeff Gutt po odejściu i śmierci Chestera Beningtona spisze się lepiej niż poprzednik który ze STP nagrał dosyć niemrawą i słabą epkę. Wątpliwości były spore, do czasu aż usłyszałem singlowe "Meadow".
Ten album jest inny niż poprzednie dokonania STP, Scott lubił się popisywać, porywał słuchacza, był zdecydowanie maszyną napędową zespołu. Takie utwory jak Creep, Interstate Love Song, Plush, czy Sour Girl i w końcu jego finalne najświetniejsze dokonanie Fall to Pieces nagrane już z Velvet Revolver zdecydowanie definiują rolę frontmana który porywał tłumy, również na koncertach o ile nie był akurat nawalony sporą ilością narkotyków co dosyć często niestety mu się zdarzało. Jeff jest wokalistą zdecydowanie innego kalibru, mamy tutaj frontmana który nie wykracza przed szereg. Nie urywa nic dla siebie, współgra z zespołem razem tworząc muzyczne tło, wspólnie "malują" muzyczne pejzaże w pełnej harmonii. Z jednej strony to plus z drugiej mały zarzut, brakuje więcej odwagi, pazura, oryginalności, więcej jaj. No ale trzeba też zrozumieć że to pierwsze wspólne dzieło, więc nie wypada być aż tak krytycznym. Jeff Gutt posiada całkiem solidny warsztat wokalny ale odnoszę wrażenie że nie pokazał pełni możliwości, oraz że ukrywa tam gdzieś jeszcze całkiem duże zapasy mocy i skali. Mam nadzieję że w przyszłości pokaże więcej.
Muzycznie nie jest zle, mamy tu trochę klasycznego psychodeliczno alternatywnego brzmienia Stone Temple Pilots które zyskali na Tiny Music...Songs From Vatican Giftshop wymieszanego z bardziej radiowym kierunkiem muzycznym. Nie oznacza to że jest bardzo bardzo popowo ale szczerze mówiąc, to pod względem materiału najbardziej komercyjny album tego zespołu. Świadczy o tym chociażby dobór singli czyli świetne Meadow oraz The Art of Letting go. Ogólnie mój największy zarzut dla tego albumu to brak mocy oraz bardziej mięsistych utworów, mimo radiowej koncepcji i długości utworów od 3 do 5 minut które sprzyjają wielokrotnemu odsłuchowi, jak to świetnie działało chociażby na albumie Backspacer od panów z Pearl Jam tutaj nie sprawdza się wcale. Album w pewnym momencie nuży jednostajnym tempem i kontemplacyjnym nastrojem, gdyby chociaż część utworów była szybsza. Niestety chyba nikt o tym nie pomyślał.
Trochę ponarzekałem, czas na zalety. Jeff Gutt pokazuje że potrafi śpiewać jest tu kilka świetnych kawałków w.w. single czy chociażby Good Shoes, do gustu przypadł mi również Roll me Under ponieważ stara się nieco wyrwać z monotonii i jednostajności albumu, świetna robota instrumentalna braci DeLeo. Na pochwałę zasługuje również to że Jeff nie zrzyna ze Scotta i nie stara się być drugim Weilandem, chce nieco oddać ducha starego brzmienia robiąc to jednocześnie po swojemu. Za to szacunek, ponieważ wielu nowych wokalistów zupełnie psuje w takich wypadkach muzykę. Ogólnie jest miłe zaskoczenie, spodziewałem się może troszkę więcej po utworach które gdzieś tam słuchałem przed premierą. Ale ogólnie w tym jest metoda, całość nuży natomiast pojedyńcze dawkowanie utworów sprawdza się jak najbardziej wyśmienicie. Ten album przypomina mi nieco bardziej balladowe i przymulone formą Echoes, Silence, Patience & Grace od Foo Fighters, również nie dało się owego albumu łykać w całości bo w pewnym momencie miało się dość i można było dostać niestrawności.
Podsumowując, jest to album jak najbardziej udany z kilkoma wadami. Nie wszystko wyszło, pojedyńcze utwory są świetne, Jeff Gutt sprawdził się w roli nowego wokalisty. Brakło nieco szlifu oraz pomysłu na jakiś koncept może? Z drugiej strony ten album był chyba potrzebny jako forma terapii, śmierć oryginalnego wokalisty, chwila pózniej odejście i śmierć jego następcy. Ten album był nagrywany w bardzo ciężkiej sytuacji i gdyby nie wypalił to STP mimo świetnych dokonań raczej nie przetrwaliby zbyt długo. Ale z całą świadomością mogę stwierdzić że taki scenariusz im już nie grozi. Czekam na koncert w Polsce oraz kolejny lepszy bardziej dojrzały album który będzie bardziej przemyślany, oraz liczę na to że Jeff pokaże jeszcze więcej bo chyba też muzycznie i jeśli chodzi o pomysły nie miał tutaj za wiele do gadania, jak to nowa osoba.
8/10

Komentarze
Prześlij komentarz