Chciałem się zabrać za coś bardziej mainstreamowego oraz obecnie popularnego, wybór padł na TDG. Pamiętam że zawsze robili muzykę bardzo komercyjną oraz melodyjną. Natomiast kilku utworów dało się słuchać nawet z przyjemnością. Jak wypada Outsider?
No cóż, odczucie jest bardzo wyraziste. Im dalej w las tym gorzej. Obcowanie z albumem porównałbym do picia przesłodzonej herbaty do której ktoś nagle dorzucił wielką łyżkę soli, oczywiście skutki są opłakane i wywołujące już nawet nie tyle mdłości co wymioty.
Album składa się z typowych 12 utworów długości mniej więcej od 2 do 5 minut, czyli nic nadzwyczajnego, typowa budowa albumu z komercyjnym potencjałem. Wielkim problemem natomiast jest to że ten album nie posiada ani jednego numeru który zostałby w głowie. Od początku czyli już od otwierającego album Right Left Wrong towarzyszą nam przesłodzone wokalizy okraszone silącymi się na agresję gitarami które mają tekturowo plastikowe brzmienie. Momentami zauważyłem riffy zbliżające się bardzo blisko do debiutanckiego albumu Evanescence, tyle że obie płyty dzieli przepaść poziomu. Najmniej irytującym numerem jest chyba Strange Days wraz z Villain I'm Not. Outsider to album nagrany na jedno kopyto, jest miałko, nudno, bez większych emocji. To jak oglądanie wyjątkowo kiepskiego Polskiego serialu lub kabaretu. Do mnie to nie trafia absolutnie chociaż zapewne znajdą się zwolennicy tak słodkiego grania.
Maniera wokalna Matta Walsta jest nie do zniesienia, gość sili się na dramatyzm jednocześnie wypadając mega sztucznie oraz słodziutko, bardziej niż niejeden pierwoszoligowy boys band z lat 90. Zapewne mroczne wymalowane 15 letnie buntowniczki będą zachwycone. Dawno nie słuchało mi się czegoś tak zle. Jedną z nielicznych zalet tego płyciwa jest to że dosyć szybko się kończy. Pożyteczne zastosowanie może znalezć również jako podstawka pod kufel do piwa, mam wrażenie że to o wiele lepsza rzecz którą można zrobić z tym czymś niż jej słuchanie.
To co bardzo mi również przeszkadza to na siłę upchana elektronika która już w ogóle nie pasuje do tej dziwnej mieszanki. Rodzi się z tego wszystkiego tragiczny niestrawny miks który tak naprawdę nie wie czym chce być. Z jednej strony "podniosłe" teksty chcące traktować o poważniejszych tematach, z drugiej muzyka która jest totalną parodią szanującego się rockowego brzmienia. Chciałem bardzo doszukać się pozytywów, ale niestety nie potrafię ich dostrzec. Przyczepię się nawet do okładki która jest po prostu paskudna i zrobiona na kolanie. Jasne to najmniej istotny szczegół ale skoro całość jest tak słaba i nawet tutaj się nie nikt nie wysilił, to cóż począć, z pustego i Salomon nie naleje. Mam nadzieję że w najbliższym czasie nie usłyszę czegoś aż tak złego.
Szkoda bo spodziewałem się średniawego ale słuchalnego albumu zwłaszcza że poprzednie dokonanie nie było takie złe. To dzieło szatana jednak zasługuje ewidentnie na prywatne egzorcyzmy u Tomasza Terlikowskiego, Ryszarda Nowaka i Pana Rydzyka na jednym seansie.
2*/10
*Bo liczę że usłyszę jeszcze coś gorszego w tym roku.

Komentarze
Prześlij komentarz